Serwis kibiców Górnika Łęczna

Bogusław Baniak: Chciałbym wyjeżdżać w czerwcu z Łęcznej z podniesioną głową

– Z pewnością nie będę spokojnie siedział na ławce trenerskiej, ale moja praca będzie też bardziej analityczna. Zmuszają mnie do tego wiek i doświadczenie trenerskie. Ten „cyrk”, który niejednokrotnie odstawiałem przy linii bocznej się po prostu skończył. Choć wiem, że był pozytywnie odbierany przez niejednego piłkarza – mówi Bogusław Baniak, nowy trener pierwszoligowego Górnika Łęczna.

Objął pan Górnika po dwóch kolejkach rundy wiosennej. Chyba nie miał pan dużo czasu na przemyślenie oferty z Łęcznej?
– Moje ostatnie dni cechowały się spontanicznością i bardzo szybkim podejmowaniem decyzji. Już w grudniu rozmawiałem z prezesem Veljko Nikitovicem, z którym spotkałem się w siedzibie Polskiego Związku Piłki Nożnej. To było przed okresem przygotowawczym, ale wtedy nie było obustronnego, poważnego tematu. Życzyłem wówczas powodzenia trenerowi Sławkowi Nazarukowi, a myślami byłem przede wszystkim w dalekiej Afryce, gdzie pracowałem przez ostatnie dwa lata. Jednak ostatnie porażki Górnika spowodowały, że tempo akcji i rozwój sytuacji były szybkie. Wpływ na moją decyzję miało kilka czynników: analiza, kiedy może być kontrakt w Afryce, sytuacja Górnika w tabeli oraz osoba pana Nikitovica, którego znam jeszcze jako piłkarza, a także osoba pracującego w łęczyńskim klubie Grzegorza Szkutnika, który osiem lat temu był dla mnie prezesem w Motorze Lublin. Ogólnie bardzo lubiłem tutejsze środowisko. Powracam na Lubelszczyznę, by wykonać trudne zadanie. Tak się moje życie ułożyło, że właśnie w takich sytuacjach kluby do mnie dzwonią.

Taką rolę zwykło się określać w Polsce mianem „strażaka”. Ma pan w tym duże doświadczenie. Co jest najważniejszą czynnością, którą musi pan wykonać na samym początku, tuż po objęciu drużyny w trakcie rundy?
– Na te pierwsze tygodnie zamieniam się z trenera na psychologa, choć bez doktoratu i wykształcenia w tym kierunku. Zespół był z głowami do dołu, nieuśmiechnięty i przerażony sytuacją. A przecież jest tu znakomity, młody, zdolny sztab szkoleniowy, który cechuje spokój, wykształcenie i zrównoważenie. Sławek Nazaruk to logicznie myślący człowiek. Może w tym wszystkim zabrakło troszkę charyzmy, kiedy jest źle. Poza tym, Górnik to familijny i poukładany klub, z ambitnym prezesem Jest zlokalizowany w niedużej miejscowości, ale naprawdę profesjonalnie zorganizowany. Kontrakt podpisałem w czwartek, a w sobotę miał być mecz. Czasu było niewiele, więc mogłem skorzystać z dwóch metod. Pierwszą z nich były indywidualne rozmowy z piłkarzami. Druga to trzaśnięcie drzwiami i powiedzenie „panowie, to my doprowadziliśmy do takiej sytuacji, że zespół jest zagrożony spadkiem i kibice przestali chodzić na mecze. Żeby to nie skończyło się dla nas wszystkich fatalnie!”. Zaczynamy akcję ratowania psychiki w Górniku Łęczna. Czy mi się uda, trudno powiedzieć. Nie ma żadnych cudotwórców. Obejmując ten zespół, Franek Smuda też nie obiecywał, że jego przyjście spowoduje odmianę zespołu pod względem taktycznym i motorycznym. Pierwsze dni to przede wszystkim psychika i rozmowy. Trzeba pokazać, że jesteśmy jedną wielką rodziną, ale nie samymi słowami, tylko na boisku.

Wraca pan do klubowej piłki w Polsce po czterech latach. Tęsknił pan za rodzimymi rozgrywkami?
– Rzeczywiście, ostatnim moim polskim klubem była pierwszoligowa Flota Świnoujście w sezonie 2013/14. Z kolei na Lubelszczyźnie nie było mnie osiem lat. Ten czas minął strasznie szybko. Od razu zauważyłem, że Lublin się ogromnie zmienił, przynajmniej pod względem dróg, budownictwa i galerii handlowych. Z przyjemnością przyjechałem w tutejsze strony, bo w końcu zostawiłem tu kawałek zdrowia, a przede wszystkim fajnych ludzi, którzy bardzo mi pomagali w prowadzeniu Motoru. Lubelską drużynę objąłem, gdy była w jeszcze gorszej sytuacji w tabeli niż obecnie jest Górnik. Zresztą, po Motorze też widać, że to już inny klub, który się odradza i ma piękny stadion. Chciałbym wyjeżdżać w czerwcu z Łęcznej z głową podniesioną do góry, żegnając zadowolonych mieszkańców tego miasta. Ostatnio spotkałem księdza i przyznam może nieco humorystycznie, ale w pracy z moim nowym klubem trochę szczęścia i wiary w Boga też będę potrzebował.

Wspomniał już pan o ostatnich dwóch latach spędzonych w Afryce. Czym się pan dokładnie tam zajmował?
– Byłem dyrektorem sportowym federacji Burkina Faso, pracując ze wszystkimi reprezentacjami młodzieżowymi tego kraju. Kiedy tam wyjeżdżałem, to niektórzy nawet nie mogli znaleźć tego państwa na mapie, a okazało się, że trafiłem na poukładany, choć biedny kraj. To jest kopalnia talentów. Mam w kalendarzu zapisanych bardzo dużo nazwisk, ale pomyślę o nich ponownie w przyszłości. Natomiast znanym w Polsce piłkarzem, z którym współpracowałem pomagając trenerowi Duarte przy seniorskiej reprezentacji, był Prejuce Nakoulma, w przeszłości gracz Górnika Łęczna. Co ciekawe, rozmawiał ze mną po polsku, a nie po francusku. Razem zdobyliśmy trzecie miejsce w Pucharze Narodów Afryki. Po zakończeniu mojej pracy w Burkina Faso ruszyłem do Abidżanu na rozmowy z federacją Wybrzeża Kości Słoniowej na temat ewentualnego objęcia przeze mnie posady selekcjonera tamtejszej reprezentacji. Jednak nie było najmniejszych szans na zatrudnienie polskiego trenera, na stanowisku, o którym marzę. Tam w orbicie zainteresowań są takie potężne nazwiska jak np. Laurent Blanc. Mam natomiast możliwość pracy w Beninie, ale póki co, odłożyłem ją do sierpnia.

Chciałby pan nadal pracować w Afryce? W mediach pojawiały się informacje, że w trakcie spędzonych dwóch lat w Burkina Faso przeżył pan wiele niesamowitych wydarzeń.
– Nie wyobrażałem sobie, że mogą wydarzyć się takie sytuacje, które tam miały miejsce. Dwa zamachy terrorystyczne, w tym jeden obok mojego domu. Choroba malaria, którą przeżyłem i wiem, ile ona zdrowia mi zabrała. Z kolei ujęła mnie tamtejsza życzliwość ludzi i kultura bycia. Mają inną skórę, ale myślenie i podejście do życia jest takie same. Są ambitni i chcą dobrej atmosfery. Mój pobyt w Burkina Faso to było wspaniałe doświadczenie. Zmieniłem się tam jako człowiek. Trochę inaczej spojrzałem na ten świat i pewne moje zachowania. Na ławce trenerskiej w Polsce byłem znany z agresji, dużej dozy motywacji i tego, że potrafię się wykłócać. Nie raz posługiwałem się formą niepedagogiczną, w porównaniu do wielu młodych trenerów pracujących obecnie. W Afryce miałem czas na autoanalizę. Tam nie można pracować z piłkarzami posługując się agresją. Choć, być może taka „pozytywna agresja” jest akurat potrzebna w Górniku Łęczna. Z pewnością nie będę spokojnie siedział na ławce trenerskiej, ale moja praca będzie też bardziej analityczna. Zmuszają mnie do tego wiek i doświadczenie trenerskie. Ten „cyrk”, który niejednokrotnie odstawiałem przy linii bocznej się po prostu skończył. Choć wiem, że był pozytywnie odbierany przez niejednego piłkarza.

Czyli słynne historie opowiadające o tym, że za trenera Baniaka w szatni niejednej drużyny podczas awantur latały krzesła, już się nie powtórzą?
– Trudno powiedzieć (śmiech). Nigdy nie mów nigdy. Nawet jak drzewo jest starsze, to się jednak nie zmienia. Jednak ktoś kiedyś dobrze powiedział, że z racji wieku pewnych rzeczy nie wypada. Jak się osiąga pewien wiek, to należy zanalizować swoje wcześniejsze życie.

Dużo się zmieniło w rodzimej piłce odkąd ostatni raz pan pracował w Polsce?
– W Burkina Faso miałem dostęp do polskiej telewizji, gdzie mogłem śledzić nasze rozgrywki piłkarskie. Powiem szczerze, że przeraża mnie poziom niektórych meczów rozgrywanych w Lotto Ekstraklasie. Ciężkie boiska, mało kibiców, a atmosfera tylko medialna. Ekstraklasa jest ładnie opakowana. Jeśli chodzi o pierwszą ligę to jest więcej walki, a może troszkę mniej taktyki. Na pewno wielu trenerów się ze mną zgodzi, że pomimo tego iż na polskich boiskach gra wielu zawodników zagranicznych, to poziom wcale nie poszedł do góry w ostatnich latach. Dlatego Adaś Nawałka, który prowadzi reprezentację i z którym rozmawiam, szuka głównie ludzi grających w klubach spoza naszego kraju. Oni stanowią trzon kadry i stąd biorą się wyniki.

Czasami zawodników zagranicznych jest w polskich klubach zbyt dużo, ale w Górniku jest tylko dwóch obcokrajowców. Poza tym, ma pan sporo młodych graczy w kadrze oraz kilku bardzo doświadczonych piłkarzy.
– Opowiem małą anegdotkę. Wjechałem do Łęcznej, stanąłem na stacji benzynowej. Podeszło do mnie czterech ludzi w różnym wieku i różnym stanie. Usłyszałem najpierw miłe słowa w stylu „trenerze, czekaliśmy tu na pana”, a potem „trzeba wyrzucić ze składu starych piłkarzy!”. A przecież ci zawodnicy mają uznane nazwiska i tworzyli historię Górnika Łęczna. Dlatego myślę, że nie tędy droga. Niektórzy ludzie myślą, że po przyjściu do klubu trzeba od razu „posprzątać” szatnię.

Na „sprzątanie” to jest czas raczej w okresie przygotowawczym…
– No i tutaj może mam mały niedosyt, że nie mogłem przygotować zespołu do tej rundy. Może moja osobowość nie wpłynęłaby bardziej na finanse, ale na nieco inne spojrzenie działaczy pod kątem przygotowania. Nie mówię, że to przygotowanie, które miało miejsce było złe. Dostałem raporty od trenera przygotowania fizycznego i cyfry same w sobie są okazałe. To jednak nie wszystko, bo można przecież dużo biegać, ale nie tam, gdzie trzeba. Jest taki moment, w którym nie ma cyfr, ani współczynnika inteligencji na boisku, tylko po prostu trzeba „mieć jaja” i być mężczyzną.

Na pewno rozmawiał pan już z kapitanem drużyny Grzegorzem Boninem. Jak on tłumaczy kiepskie rezultaty w tym sezonie?
– Powiedział mi „trenerze, nie ma winnych, my bardzo wszyscy chcemy i atmosfera jest dobra”. Patrzę im prosto w oczy i widzę, że mają rację mówiąc, że nie wiedzą skąd się bierze niemoc i że to chyba wszystko jest gdzieś w głowach. Chłopaki mówią że opuścił ich fart, bo w końcu nie wygrali od 23 września ubiegłego roku. Nie krytykując nikogo, myślę, że dzisiejsza sytuacja nie jest winą sztabu szkoleniowego. Trzeba pamiętać, że jesienią tych punktów też było za mało. Przyjechałem na Lubelszczyznę ze Szczecina, gdzie miejscowa Pogoń broni się przed spadkiem z Ekstraklasy. Tam trener nie ma kontaktu ze swoimi podpiecznymi, bo nie zna języka polskiego. Ale może to i całe szczęście? (śmiech). Jakoś w końcu ten zespół zafunkcjonował. Niewykluczam tego, że wyjadę stąd latem po kontrakt w Afryce, ale może też pójdę drogą, którą przebyłem w Lechu Poznań czy wspomnianej już Pogoni, gdzie najpierw utrzymałem zespół, a potem walczyłem o awans? Nikt nie zabrania być Górnikowi Łęczna w Ekstraklasie. On tam był, zapisał się w historii i jest dobrze odbierany przez PZPN.

Nie obawia się pan, że trener Nazaruk może nie zgodzić się na zaproponowaną funkcję w sztabie szkoleniowym?
– Bardzo długo mu tłumaczyłem zaistniałą sytuację. Czwartek to był ciężki dzień, bo doszliśmy do wniosku, że jeżeli mam objąć zespół, to trzeba ściągnąć Sławka ze szkoły trenerów PZPN. Musiał wrócić do Łęcznej, żeby nie dowiadywał się z mediów, że został odsunięty czy przesunięty. Powiedziałem mu, że bardzo mile go widzę w składzie i żebyśmy spróbowali pracować razem. Jego wiedza o składzie, o drużynie i przygotowaniach do rundy jest nieoceniona. Poprosiłem go „prześpij się z tematem, pogadaj z rodziną, ja cię zapraszam do współpracy, ale będę szanował każdą decyzję”. Razem z prezesem Nikitovicem jesteśmy przygotowani na ewentualną zmianę asystentów w razie takiej potrzeby. Chciałbym jednam, żeby sztab szkoleniowy pozostał bez zmian, razem z moim współpracownikiem, nie asystentem, lecz współpracownikiem Sławkiem Nazarukiem. Dajmu mu czas skończyć kurs UEFA Pro i pozwólmy mu popracować ze mną, a potem być na lata trenerem Górnika. Z mojego warsztatu też coś się Sławkowi przyda w jego edukacji. Myślę, że to będzie dla Sławka najlepsza droga.

 

źródło: kurierlubelski.pl

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.